Blog > Komentarze do wpisu
Tango Maraton w Berlinie - to było coś...

Raz do roku kilkoro animatorów berlińskiego tanga, wśród nich jedna z najlepszych moim zdaniem, tangeur w Europie oraz moja idolka - Gaia Pisauro, organizuje Maraton Tangowy. Na jeden weekend (muzyka startuje w piątek wieczorem a kończy się w niedzielę po południu) zjeżdża się do stolicy Niemiec śmietanka tangowa z całej Europy i nie tylko (w tej śmietance jest też zawsze kilka kożuchów jak piszący te słowa :-))) by wspólnie poszaleć przy muzyce tangowej. Nie jest to oficjalna impreza - rozchodzi się pocztą pantoflową przez znajomych królika - co nie zmienia faktu, iż już 3 dni po wysłaniu maila nie było już wolnych miejsc. Płaci się wpisowe + przywozi trochę własnego jedzenia można zaczynać zabawę.

W zeszłym roku impreza odbywała się w czymś w rodzaju starej fabryki czy gazowni zaadaptowanej na loft przez jednego z niemieckich tangueros. Było to jedno z najciekawszych miejsc w których zdarzyło mi się tańczyć.

W tym roku impreza zaczęła się niezaciekawie - nowe miejsce to po prostu sporawa sala, klinicznie czysta, ze śliskim parkietem, dwiema kolumnami + bardzo fajne łóżko na środku na którym można było się pokładać i obserwować tańczących. Muzyka - pierwszych dwóch DJów w piątek to "totale Katastrophe" - bez ładu i składu; dodatkowo za dużo nuevo i do tego non-danceable. Pomyślałem sobie, że naprawdę mamy fajnych DJów tangowych w Warszawie, którzy się od siebie wzajmnie uczą, regularnie podnosząc swoje umiejętności i nie mamy czego się wstydzić. Dopiero trzeci DJ (właściwie didżejka - bo była to kobieta) przyniósł zmianę i to na lepsze choć dalej nie była to, moim zdaniem najlepsza muzyka tangowa. Dużo ciekawiej zrobiło się jednak na parkiecie, na którym pojawili się świetni tancerze.
Apogeum nastąpiło jednak w sobotnią noc - czegoś takiego jeszcze nie widzałem - ani w El Corte ani w Buenos Aires. Normalnie na milongach sytuacja wygląda w ten sposób, że mniej więcej 10-20% stanowią top tancerze zaś ok. 80% osoby tańczące dla czystej przyjemności na poziomie średniozaawansowanym. Tym razem było odwrotnie - tak wielu świetnych tangueros w jednym miejscu jeszcze nie nigdy nie widziałem i pewnie nieprędko zobaczę. Poza świetnymi nauczycielami z Berlina i Duesseldorfu, niesamowitymi Szwajcarkami i Szwedkami (mają chyba kości z gumy :-/ ) , dziewczynami z Rosji, Wlk. Brytanii i Włoch, przyjechały na ten event "młode wilki" z Buenos Aires - kilka par (niektórych nawet spotkaliśmy z podczas naszego pobytu z Grzejem w Argentynie - cała historia - poniżej w blogu). Do tego wreszcie świetni DJe (szczególnie moją uwagę przykuł niejaki Georg). Przyjemnie było popatrzeć jak ludzie potrafią się świetnie bawić tangiem - ile w tym jest improwizacji, zabawnych ale i świetnie wykonanych figur) - naprawdę niesamowite. Nawet znajomi niemieccy koledzy twierdzili, że to jedyna w roku impreza w tym mieście na tak nadzwyczajnym poziomie. Takiej koncentracji świetnych tancerzy trudno szukać na jakiejkolwiek z berlińskich milong nie mówiąc o festiwalu. Kurczę... czy kiedyś uda się nam zrobić taką imprezę w Polsce??
Razem z Grzejem poddaliśmy się ok. 6 rano w niedzielę. Niektórzy ludzie przychodzili jeszcze ok. 5 rano by bawić się do końca imprezy czyli niedzielnego popołudnia. Słaniając się wróciliśmy do domu (na szczęście ok. 20 minut na piechotę od miejsca imprezy). Później spanie do 17.00 i wycieczka do najpopularniejszej ostatnio milongi w Berlinie - słynnej popołudniówki Tango-Loft, na której wzorowany był poniekąd koncept naszej Comme il Faut. Ale o tym co się dzieje w Tango-Lofcie napiszę niedługo, przy innej okazji.    

środa, 25 kwietnia 2007, rjaworski1977